Mo Dao Zu Shi

Wei WuXian całą noc przeleżał na brzuchu. Pierwszą połowę spędził rozmyślając, co takiego stało się Lanowi WangJi przez ostatnie lata, i usnął dopiero nad ranem. Kiedy następnego poranka otworzył oczy, to Lana WangJi już nie było. Za to on leżał na łóżku normalnie z rękami ułożonymi po bokach, przez co wyglądał na grzecznego.

Natychmiast zsunął przykrywający go koc. Palce prawej dłoni wplótł we włosy. Niewytłumaczalne poczucie absurdu nie mogło tak łatwo zostać wymazane z jego myśli.

W tej samej chwili ktoś dwukrotnie zapukał do drzwi. Z zewnątrz dobiegł go głos Lana SiZhui:

Paniczu Mo? Obudziłeś się?

Dlaczego wołasz mnie z samego rana?!

R-rana?! Ale już dziewiąta!

Wszyscy w sekcie GusuLan wstawali o piątej rano i kładli się spać o dziewiątej wieczorem w bardzo systematyczny sposób. Zaś Wei WuXian wstawał o dziewiątej rano i kładł się o pierwszej w nocy, także w bardzo systematyczny sposób, dokładnie cztery godziny po Lanach. Przeleżał całą noc na brzuchu, więc bolała go talia i plecy.

Nie mogę wstać – powiedział szczerze.

Umm, co jest nie tak tym razem? – zapytał Lan SiZhui.

Co jest nie tak? Zostałem wzięty przez waszego HanGuang-Juna.

Jeśli dalej będziesz plótł takie bzdury, to za to słono zapłacisz! Wyłaź! – Dało się słyszeć głos Lana JingYi.

Naprawdę! Brał mnie całą noc! Nie mogę wyjść. Wstyd mi pokazać się komukolwiek na oczy – powiedział Wei WuXian, jakby został skrzywdzony.

Stojący przed drzwiami juniorzy patrzyli po sobie w ogłupieniu. Nikt nie mógł wejść do pokoju HanGuang-Juna bez pozwolenia, więc nie mogli go wywlec na dwór.

Wstydu nie masz?! HanGuang-Jun nie jest obcinaczem rękawów. Brał cię?! Byłbym wdzięczny, gdybyś powiedział, że to go nie brałeś! Wstawaj! Idź wytresować tego swojego osła, bo drze się wniebogłosy! – Wściekał się Lan JingYi.

Wei WuXian natychmiast się zerwał, słysząc, że mówią o jego metodzie transportacji.

Co zrobiliście mojemu Jabłuszku?! Nie dotykaj go. Kopnie was.

Czym jest Jabłuszko? – zapytał Lan JingYi.

Osłem!

Wychodząc z jingshi pospieszył juniorów, by zaprowadzili go do jego wierzchowca. Został zaprowadzony na duże trawiaste pole. Od razu zobaczył osła, płaczącego i robiącego wiele hałasu. Beczał, bo chciał poskubać trawkę, ale kilka tuzinów okrągłych, białych pomponów zebrało się na trawniku, uniemożliwiając mu to.

Wei WuXian był zachwycony.

Ile królików! Nadziejmy je na rożen i zacznijmy piec!

Zabijanie jest zabronione w Zaciszu Obłoków! Ucisz go natychmiast. Uczniowie zajmujący się porannymi czytaniami już kilka razy o to prosili! Jeśli to się nie zmieni, to złajają nas na śmierć!

Wei WuXian dał osłu jabłko, które otrzymał na śniadanie. Zwierzę natychmiast przestało hałasować, chrupiąc zaciekle owoc. Młodzieniec pogłaskał je po szyi, myśląc jednocześnie o jadeitowych żetonach, które mieli ze sobą juniorzy, i wskazał palcem na kuliste króliki zdobiące trawnik.

Naprawdę nie mogę ich upiec? Czy zostanę wygoniony, jeśli je upiekę?

Wyglądając, jakby stał w obliczu bezpośredniego zagrożenia, Lan JingYi stanął przed Wei WuXianem z szeroko rozstawionymi ramionami.

To króliki HanGuang-Juna. Czasami pomagamy mu się nimi opiekować. Nawet nie próbuj ich piec!

Słysząc to, Wei WuXian zaczął śmiać się tak mocno, że prawie upadł na ziemię. Lan Zhan jest taką interesującą osobą! W przeszłości nie chciał ich przyjąć, kiedy dawałem mu je za darmo, ale w tajemnicy wyhodował całe stado! A mówił, że ich nie chce. Kogo oszukiwał? No proszę, pewnie tak naprawdę lubi takie białe i puszyste rzeczy. HanGuang-Jun trzymający królika i zachowujący kamienną minę. Rany, zaraz zejdę… – pomyślał.

Jednak jego radość natychmiast zniknęła, kiedy przypomniał sobie o nocy spędzonej na Lanie WangJi.

Nagle z zachodniej strony Zacisza Obłoków dobiegł ich dźwięk dzwonów.

To inny dźwięk niż ten, który wskazywał pełne godziny. Uderzenia w dzwon były pospieszne i agresywne, jakby bił w niego szaleniec. Lan JingYi i Lan SiZhui natychmiast przestali z nim żartować i z ponurymi minami ruszyli w kierunku dzwonnicy. Wei WuXian wiedział, że coś jest nie tak i od razu za nimi pobiegł.

Dźwięk dobiegał z wieży strażniczej.

Nazywała się mingshi1. To budynek, który wykorzystywano do przywoływania dusz. Ściany zostały wykonane ze specjalnego materiału i wyryto w nich inkantacje. Kiedy dzwon zaczynał bić sam z siebie, to można było spodziewać się jednego – osobom wykonującym w środku rytuał przyzywający przydarzył się jakiś wypadek.

Pod wieżą zbierało się coraz więcej uczniów sekty, ale nikt nie śmiał wejść do pomieszczenia. Drzwi mingshi zostały wykonane z czarnego drewna. Zostały szczelnie zamknięte i można było je otworzyć tylko od środka. Zniszczenie ich od zewnątrz nie było trudne, ale akt ten był zabroniony. Wypadek podczas rytuału był przerażającą rzeczą, bo nikt nie wiedział, co zostanie przyzwane albo co się stanie, jeśli ktoś wedrze się do środka. No i odkąd wybudowano mingshi, nie miała jeszcze miejsca taka sytuacja. To jeszcze bardziej wszystkich zmartwiło.

Widząc, że nigdzie nie było Lana WangJi, Wei WuXian miał złe przeczucie. Gdyby był nadal na terenie Zacisza Obłoków, to natychmiast by tu przybiegł, kiedy tylko usłyszał dźwięk dzwonu, chyba że… Nagle drzwi otworzyły się z trzaskiem. Na zewnątrz wybiegł ubrany na biało uczeń, kulejąc i się potykając.

Jego krok nie był stabilny, więc szybko wywrócił się na schodach i sturlał na dół. Drzwi mingshi natychmiast się zamknęły, jakby ktoś trzasnął nimi w złości.

Zszokowani obserwatorzy szybko pomogli chłopakowi wstać. Jednak od razu upadł z powrotem, a jego twarz była cała załzawiona. Trzymał kurczowo otaczających go ludzi, powtarzając:

Nie powinniśmy… Nie powinniśmy byli przyzywać…

Jakiego ducha przyzywaliście? Kto jeszcze jest w środku? Gdzie HanGuang-Jun?! – zapytał Wei WuXian, szybko łapiąc go za rękę.

HanGuang-Jun kazał mi uciekać… – Uczeń zdawał się mieć problemy z oddychaniem.

Zanim skończył mówić, ciemnoczerwona krew chlusnęła z jego ust i nosa. Wei WuXian pchnął go w stronę Lana SiZhui i kilkoma krokami wszedł po schodach na górę, mając u pasa bambusowy flet. Kopnął w drzwi mingshi i rozkazał:

Otwórzcie się!

Drzwi nagle się otworzyły, jakby śmiały się dziko z szeroko otwartymi ustami. Wei WuXian w mgnieniu oka wbiegł do środka, a one zaraz się za nim zamknęły. Kilku zszokowanych młodzieńców pobiegło za nim, ale za nic nie mogli ich otworzyć. Gościnny uczeń rzucił się na drzwi ze złością, mówiąc:

Kim, do cholery, była ta osoba?!

Najpierw chodź mi pomóc. Krwawi z qiqiao2! – powiedział Lan SiZhui przez zaciśnięte zęby.

Jak tylko wszedł do mingshi, Wei WuXian poczuł ogarniającą go złą energię.

Wydawała się połączeniem energii urazy, złości i arogancji, będąc prawie widoczną dla ludzkiego oka. Kiedy zostało się przez nią otoczonym, to pierś ściskał przeszywający ból. Wnętrze mingshi miało po dziesięć metrów w obie strony. W kątach leżało kilku nieruchomych ludzi, a przedmiot rytuału został ustawiony pośrodku szyku narysowanego na ziemi.

To było tylko ramię – to zabrane z wioski Mo!

Stało na ziemi sztywno jak kij, opierając się o ziemię odciętą stroną. Cztery palce zostały zaciśnięte w pięść, jednak wskazujący skierowany był w kierunku nieba, jakby wściekle na kogoś wskazywał. Stały, wypełniający mingshi przepływ mrocznej energii był emitowany właśnie przez nie.

Wszyscy uczestnicy rytuały albo uciekli, albo zemdleli. Lan WangJi jako jedyny siedział i to w głównej pozycji szyku po stronie wschodniej. U jego boku leżał guqin. Choć jego dłoń nie spoczywała na strunach, to wibrowały same z siebie. Wydawał się zamyślony, jakby czegoś nasłuchiwał i uniósł głowę, dopiero kiedy wyczuł, że ktoś wszedł.

Mina Lana WangJi zawsze była beznamiętna, więc Wei WuXian nie miał pojęcia, co sobie myślał. Lan QiRen, który był odpowiedzialny za jedną sekcję szyku, leżał nieprzytomny, a z jego qiqiao leciała krew, jak w przypadku ucznia, który uciekł z mingshi. Wei WuXian odwrócił się i poszedł na zachodnią stronę, zastępując go i siadając naprzeciwko Lana WangJi. Wziął do ręki bambusowy flet i uniósł go do ust.

Tamtej nocy w wiosce Mo, Wei WuXian najpierw rozproszył je gwizdnięciami, a potem Lan WangJi zaatakował z daleka dźwiękami guqinu. Udało im się je uspokoić tylko dzięki nieplanowanej współpracy. Lan WangJi napotkał jego spojrzenie i na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz zrozumienia. Uniósł prawą dłoń, a z jego instrumentu wypłynęła melodia. Wei WuXian szybko dołączył.

Pieśń, którą grali, nazywano Przywołaniem. Wykorzystywała ciało, jego część albo ukochany przedmiot zmarłego jako medium dla duszy. Normalnie jedna sekcja wystarczyła, by duch pojawił się w szyku. Jednak melodia prawie dobiegła końca, a nic się nie działo.

Ramię wyglądało na rozjuszone, a jego żyły wyraźnie drgały. Poczucie przytłumienia robiło się coraz cięższe. Gdyby ktoś inny strzegł zachodniej strony, to już dawno by padł i skończył tak samo, jak Lan QiRen. Wei WuXian był zszokowany. To prawie niemożliwe, by duch nie został przywołany, kiedy grał razem z Lanem WangJim Przywołanie, chyba że… Chyba że dusza została pocięta razem z ciałem!

Najwyraźniej śmierć tego człowieka była odrobinę gorsza od jego. Ciało Wei WuXiana może i zostało rozerwane na większą ilość kawałków, ale przynajmniej miał całą duszę.

Skoro Przywołanie nie działało, to palce Lana WangJi się poruszyły i zaczął grać inną melodię.

Była spokojna, inna od złowieszczego i pytającego tonu poprzedniej. Zatytułowano ją Odpoczynek. Obie melodie są dobrze znane w świecie kultywacyjnym, więc dziwne by było, żeby ktoś ich nie kojarzył. Wei WuXian oczywiście zaczął mu wtórować.

Duchowy flet patriarchy YiLing, Chenqing, był powszechnie znany. Jednak teraz specjalnie grał z błędami i krótkimi wdechami na bambusowym flecie. Ten dźwięk prawie łamał serce. Lan WangJi prawdopodobnie nigdy nie grał z kimś tak okropnym. Po chwili nie mógł już dłużej udawać, że wszystko jest w porządku i spojrzał się na Wei WuXiana z nietęgą miną.

Wei WuXian udawał, że nic nie widzi i zaczął fałszować jeszcze bardziej. Kiedy grał dalej, coś dziwnego wydarzyło się za jego plecami. Odwrócił się, by spojrzeć i był zszokowany. Lan QiRen, który leżał nieprzytomny, wstał! Jego twarz była pokryta krwią i złością. Wskazał drżącą ręką na Wei WuXiana i krzyknął szorstkim tonem głosu:

Przestań grać! Wynoś się! Wynoś się natychmiast! Przestań…

Zanim skończył mówić, to z jego ust popłynął strumień krwi i się staruszek się przewrócił, znowu mdlejąc.

Lan WangJi zaniemówił. Wei WuXian gapił się z szeroko otwartymi ustami.

Wiedział, co następowało po ostatnim „przestań” – przestań grać! Przestań grać w duecie! Przestań niszczyć grę mojego ulubionego ucznia!

Ich gra tak zezłościła Lana QiRena, że aż się ocknął i zemdlał na nowo. To udowadniało, jak bardzo była okropna.

Mimo to ręka powoli opadała pod wpływem połączonych sił guqinu i fletu. Brzmi źle, ale dopóki działa, to nie ma znaczenia, pomyślał Wei WuXian.

Po ostatnim brzęku guqinu drzwi mingshi natychmiast się otworzyły, wpuszczając do środka słońce. Dzwony alarmowe wieży prawdopodobnie przestały hałasować. Wszyscy otaczający budynek uczniowie szybko wbiegli do środka, chórem wołając „HanGuang-Jun”.

Lan WangJi przycisnął dłoń do instrumentu, powstrzymując ostatnie wibracje strun i podszedł do Lana QiRena, by sprawdzić mu tętno. Widząc, że objął pozycję lidera, pozostali szybko się uspokoili. Starsi seniorzy przekręcili na plecy wszystkich krwawiących uczniów i zaczęli im pomagać. Kiedy używali igieł i lekarstw, to inna grupa wniosła do środka duży dzwon, planując w środku uwięzić ramię. To ruchliwa scena, ale wszystko odbywało się w uporządkowany sposób. Każdy szeptał cicho i nikt nie hałasował.

HanGuang-Jun, nie działają ani eliksiry, ani akupunktura. Co mamy zrobić? – Martwiło się parę osób.

Lan WangJi milczał, trzymając trzy palce na pulsie Lan QiRena. Staruszek przewodził około ośmiuset, jeśli nie tysiącu, ceremonii przyzywających dusze. Wiele z nich należało do okrutnych duchów. Jasne było, że energia urazy znajdująca się w tej ręce była wyjątkowo silna, skoro nawet on został przez nią zraniony.

Wei WuXian z powrotem wsunął drewniany flet za pas. Przykucnął przy dzwonie odlanym z brązu i delikatnie dotknął wyrytych na nim inskrypcji. Kiedy myślał, to zauważył zdołowaną minę Lana SiZhui.

Co się stało?

Lan SiZhui wiedział, że ten mężczyzna nie jest zwyczajną osobą. Po chwili wahania powiedział cicho:

Po prostu czuję się winny.

Za co?

Ta ręka przyszła po nas.

Skąd wiesz? – Wei WuXian się uśmiechnął.

Flagi przyciągające duchy o różnych poziomach są rysowane na różne sposoby i mają inne natężenia siły. Te, które namalowaliśmy w wiosce Mo miały tylko zasięg o promieniu dwóch tysięcy pięciuset metrów. Ale ta ręka miała silne pragnienie zabijania, żywiąc się ludzkim ciałem i kością. Gdyby od początku była w zasięgu, to z tym poziomem złośliwości, wioska Mo od dawna zostałaby skąpana we krwi. Jednak pojawiła się dopiero po naszym przybyciu… To oznacza, że ktoś o złych intencjach celowo ją tam w tym czasie wypuścił.

Jesteś bardzo mądry. Wyciągnąłeś świetne wnioski – odpowiedział Wei WuXian.

Jeśli tak jest naprawdę, to za życia stracone w wiosce Mo też powinniśmy… Powinniśmy czuć się odpowiedzialni. A teraz wplątaliśmy w tę sprawę także Lan QiRena i innych… – powiedział Lan SiZhui, spuszczając głowę.

Po chwili ciszy Wei WuXian poklepał go po ramieniu.

To nie wy powinniście być odpowiedzialni, ale osoba, która wysłała rękę. Na świecie są rzeczy, których nie da się kontrolować.

Po drugiej stronie pomieszczenia Lan WangJi puścił wuja. Ludzie z sekty Lan pospiesznie zapytali:

I jak, HanGuang-Jun?

Wyśledzić do źródła – odpowiedział Lan WangJi.

Racja. Jeśli wyśledzimy go do źródła, znajdziemy całe ciało tej duchowej ręki i zrozumiemy, kim tak naprawdę jest, to naturalnie znajdziemy sposób, by im pomóc – dopowiedział Wei WuXian.

Choć Lan JingYi już wiedział, że panicz Mo na pewno nie jest szaleńcem, to nadal nie mógł się powstrzymać przed krytykowaniem:

Mówisz, jakby to było takie proste. Przyzwanie ducha nie zadziałało i zrobiło się takie zamieszanie. Niby jak mamy je znaleźć?

Północny zachód – oznajmił Lan WangJi.

Północny zachód? – zastanawiał się Lan SiZhui. – HanGuang-Jun, dlaczego tam?

Nie pokazano wam już tego, chłopaki? – odpowiedział Wei WuXian.

Pokazano? Kto pokazał? HanGuang-Jun tego nie zrobił. – Lan JingYi był zdziwiony.

To – odrzekł Wei WuXian.

Wszyscy nagle zdali sobie sprawę, że chodzi mu o duchową rękę!

Ramię pewnie wskazywało jeden kierunek. Kiedy ktoś zmieniał jego pozycję, to uparcie odwracało się w tę samą stronę. Nikt nigdy nie widział jeszcze takiej sytuacji, więc wszyscy byli zszokowani.

To? Na co… Na co wskazuje?! – wystękał Lan JingYi.

A na co miałoby wskazywać? Albo w stronę reszty swojego ciała, albo miejsca, w którym przebywa morderca – odpowiedział Wei WuXian.

Słysząc to, chłopcy stojący po północno-zachodniej stronie szybko się przesunęli. Patrząc na niego przeciągle, Lan WangJi wstał powoli i powiedział uczniom:

Zadbajcie o wuja.

Wszyscy przytaknęli.

Okej! Schodzisz w dół góry, HanGuang-Jun?

Lan WangJi lekko kiwnął głową. Wei WuXian już zakradł się za niego, mówiąc głośnym i wesołym tonem:

Tak, tak, tak, nareszcie możemy zejść z tej góry i razem uciec w pełną miłości podróż!

Wszyscy wyglądali, jakby nie mogli dłużej tego znieść. Miny starszych uczniów były szczególnie przerażające, ale kilku młodzieńców już się do tego przyzwyczaiło. Twarz Lan QiRena zdawała się drgnąć, kiedy leżał nieprzytomny na ziemi.

Gdyby powiedział jeszcze parę zdań, to pan Lan może znowu ocknąłby się ze złości… – pomyślało kilku uczniów.


1 Mingshi – dosłownie pokój mroku/zła.

2 Qiqiao – siedem otworów w głowie człowieka, czyli oczy, uszy, nos i usta.

Tłumaczenie: Ashi

2 myśli na temat “Mo Dao Zu Shi

Dodaj komentarz

https://dra-caena.eu/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/wut.png 
https://dra-caena.eu/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/owo.png 
https://dra-caena.eu/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/no.png 
https://dra-caena.eu/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/omo.png 
https://dra-caena.eu/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/02.gif 
https://dra-caena.eu/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/04.gif 
https://dra-caena.eu/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/09.gif 
https://dra-caena.eu/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/15.gif 
https://dra-caena.eu/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/21.gif 
https://dra-caena.eu/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/25.gif 
https://dra-caena.eu/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/28.gif 
https://dra-caena.eu/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/23.gif 
https://dra-caena.eu/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/06.gif 
https://dra-caena.eu/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/07.gif 
https://dra-caena.eu/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/19.gif 
https://dra-caena.eu/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/11.gif 
 

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.